W 2001 roku znany europejski bank inwestycyjny
napisał, że słabością polskich firm naftowych jest brak liczących się złóż węglowodorów. Od tego czasu upłynęło już siedem lat, ale te słowa nadal są aktualne.
Krajowych potentatów na rynku paliw, PKN Orlen i Grupę Lotos, powinna obowiązywać zasada, że każdy koncern naftowy opiera się na... trzech nogach: wydobyciu ropy, jej przerobie i sprzedaży detalicznej. Niestety, wydobywcza noga u polskich potentatów naftowych jest wyraźnie kulawa. Tymczasem prywatne firmy należące do Jana Kulczyka i Ryszarda Krauze regularnie informują o sukcesach.
Ropa naftowa jest obecnie najbardziej poszukiwanym surowcem na świece. Przy cenie dochodzącej do 100 dol. za baryłkę (159 litrów) każdy koncern naftowy chce mieć do niej dostęp. Tyle że nie każdemu się to udaje. Na przeszkodzie stoją bariery polityczne, brak wystarczająco zasobnego portfela czy też geologia.
- Sęk w tym, by nie tylko przerabiać ropę, ale by mieć także dostęp do jej wystarczających zasobów. Koncern petrochemiczny bez ropy to firma ułomna, zdana na łaskę i niełaskę rynku - uważa Ralph Forten, analityk surowcowy z giełdy NYMEX. Jego zdaniem, jeżeli spółka petrochemiczna nie ma własnych zasobów, to jest także podatna na przejęcie.
Bez ryzyka nie ma sukcesów
Po pierwsze, słabością Orlenu i Lotosu jest to, że faktycznie kontrolę nad nimi sprawuje państwo. Mimo że w pierwszej spółce Skarb Państwa i Nafta Polska (spółka odpowiedzialna za prywatyzację i restrukturyzację branży chemicznej i naftowej) dysponują mniej niż trzecią częścią akcji, ale pozwala to jednak kontrolować skład rady nadzorczej i co za tym idzie, zarządu. Niesie to poważne następstwa.
- W biznesie trzeba czasem ryzykować, aby zrobić naprawdę duże pieniądze - tłumaczy proszący o anonimowość warszawski analityk. - Przemysł naftowy nie jest od tego wyjątkiem. Niektóre decyzje, mimo że warte nawet miliony dolarów, powinny być podejmowane błyskawicznie i nie chodzi o podpisanie wartego miliard dolarów kontraktu, ale np. o rozpoczęcie rozmów. Tymczasem w przypadku Orlenu po wewnętrznych "konsyliach" i tak ostatecznie musie się zgodzić na wszystko Skarb Państwa.
Z tymi słowami zgadza się Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha. - Państwowe firmy z natury działają wolniej niż prywatne spółki. Decyzje trzeba czasami podejmować błyskawicznie, a z tym u naszych potentatów, często bez ich winy, bywa trudno - uważa ekspert.
Według naszych rozmówców, bycie państwową firmą niesie i inne następstwa. nie wszędzie firmy z udziałem Skarbu Państwa są mile widziane jako potencjalni inwestorzy. Dotyczy to zwłaszcza tych branż, które przez poszczególne rządu uważane są za strategicznej.
- W niektórych krajach firmy z dużym udziałem akcjonariatu państwowego wręcz nie mają szans - dodaje Gwiazdowski.
Czasem państwo musi się pogodzić z tym, że ceną za udział w złożach musi być zmniejszenie wpływu na firmę. Takie rozwiązanie zastosowali Austriacy. Oddali część akcji narodowego koncernu naftowego OMV inwestorom z ZEA. W zamian koncern dostał złoża ropy. Dziś OMV wydobywa za pośrednictwem swoich spółek ropę na kilku kontynentach.
Wielu specjalistów uważało, że "austriacki" manewr mógł być przez Orlen skutecznie powtórzony nawet niedawno, przy okazji nabycia przez PKN rafinerii w Możejkach. Zainteresowany litewską rafinerią był kazachski koncern KazMunaiGaz. PKN mógł odstąpić część akcji Kazachom, a sam zyskać dostęp do złóż.
Drogo jak za złoże...
Kolejną barierą polskich państwowych firm jest brak wystarczających środków pieniężnych. Kupienie już zagospodarowanego złoża wydaje się obecnie czystą mrzonką. Powód to brak wystarczających zasobów gotówki.
O jakie kwoty chodzi? Dwa lata temu (a wówczas ceny ropy i złóż były niższe) Norsk Hydro za udziały w średniej wielkości złożu o zdolności wydobywczej około 50 tys. baryłek na dobę zapłacił ponad cztery miliardy euro. Dziś to niewiele mniej od giełdowej wyceny całego PKN Orlen.
- Ceny złóż naftowych są bezpośrednio związane z cenami samej ropy, dlatego zakup złóż w momencie, kiedy ropa jest najdroższa w historii i kosztuje blisko sto dolarów za baryłkę, nie wydaje się być najrozsądniejszym pomysłem z biznesowego punktu widzenia - przekonuje Piotr Kownacki, prezes płockiego koncernu (obecnie zawieszony w wykonywaniu obowiązków - wnp.pl).
Eksperci wskazują jednak, że złóż nie kupuje się z dnia na dzień. - Takie transakcje muszą być niezwykle starannie przygotowane i dokładnie przeanalizowane, zwykle ich finalizacja trwa nawet 2-3 lata - mówi Maciej Gierej, były prezes Nafty Polskiej.
A nikt nie potrafi przewidzieć, na jakim poziomie będą ceny ropy naftowej w 2010 roku.
W tej sytuacji wydaje się, że dobrą drogę obrał Lotos. Firma chce się skoncentrować zarówno na rejonie Morza Bałtyckiego, gdzie spółka zależna Lotosu, Petrobaltic, już wydobywa ok. 300 tys. ton ropy rocznie, jak i na rejonie Morza Norweskiego, gdzie w ubiegłym roku utworzona została spółka zależna Lotos Exploration and Production Norge, zajmująca się wyłącznie kwestią wydobycia.
Paweł Olechnowicz, prezes Grupy Lotos, deklaruje, że nowa strategia spółki, która ma zostać zatwierdzona w czerwcu tego roku, będzie się koncentrować przede wszystkim na segmencie wydobywczym. - To relatywnie najprostsza i z pewnością najszybsza dorga do zwielokrotnienia wartości spółki - nie ukrywa prezes Olechnowicz.
Obecna strategia Lotosu przewiduje, że do 2012 roku spółka będzie we własnym zakresie produkować 20 proc. przerabianej ropy naftowej. Do tego czasu przerób spółki ma wzrosnąć z obecnych 6 mln ton do 10,5 mln ton rocznie. Jednakże nieoficjalnie przedstawiciele Lotosu przyznaj, że ich apetyty są znacznie większe: docelowo Grupa miałaby wydobywać od dwóch do trzech mln ton ropy z Morza Norweskiego i dodatkowy milion ton w rejonie Bałtyku.
Na tle gigantów bardzo dobrze wypadają prywatne przedsięwzięcia najbogatszych Polaków.
- Tylko w tym roku łączna wartość nakładów inwestycyjnych Petrolinvestu w Kazachstanie oraz Rosji może wynieść 186 mln dolarów - szacuje prezes spółki Paweł Gricuk.
Należąca do Ryszarda Krauzego spółka chce więc wydać na poszukiwanie i eksplorację złóż więcej niż Orlen!
- Dokładnej wielkości nie da się jednak określić, bo większość nakładów będzie wypadkową priorytetów inwestycyjnych, które z kolei uzależnione są od tego, kiedy i gdzie prowadzone przez nas odwierty trafią na ropę - zastrzega prezes Gricuk.
Po cichu rozwija się także naftowy biznes Jana Kulczyka. jego firma przejęła kontrolę nad notowaną w Kanadzie spółką Loon Energy. Firma prowadzi poszukiwania w Azji i Ameryce Południowej. Jeśli z prowadzonych przez nią odwiertów tryśnie ropa, szybko może stać się liczącym graczem na rynku.
O małych konkurentach nie chcą mówić oficjalnie szefowie krajowych potentatów. Nieoficjalnie jednak przyznają, że w paliwowym biznesie najbardziej liczy się czas, a w przypadku małych jest on jakby cenniejszy.
back











Â
ÂÂÂÂ

